parallax background

Tej rzeczy nie robi wiele mam, a potem czują, że są w tym wszystkim same

czerwone gozdziki
11 sposobów, żeby (jeszcze) fajniej zakończyć ten rok (dzień/tydzień/miesiąc)
28 grudnia 2017
ulica londynu
Jak nie stracić nerwów i nie trafić za kratki jeśli zupełnie przypadkiem straciłaś głowę dla Anglika
8 stycznia 2018

To się zdarza. Nie tylko matkom, które wychowują dzieci w pojedynkę. Czasem w tych tradycyjnych lub mniej, ale "pełnych"(to średnio trafne słowo, wiem - stąd cudzysłów) rodzinach również. Dysproporcje w podziale obowiązków rodzicielskich. Ojców nikt nie pyta, czy mają z kim zostawić dzieci by zostać dłużej w pracy. Ojcowie nigdy nie głowią się, jak wyjść wieczorem na siłownię czy imprezę. Matki się głową i często czują, że są w tym wszystkim same. W macierzyństwie.

Nie zrozum mnie źle. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy ojcowie, nasi partnerzy, mężowie, są do bani, bo nie są. Ja mam akurat fajnego, zaangażowanego w rodzicielstwo faceta, ale miałam też takiego, który snuł się tylko po domu i udawał, że nie słyszy płaczu dobiegającego z kołyski podczas gdy ja w pośpiechu brałam prysznic (po 3 dniach bez prysznica, bo wcześniej nie było jak). Jest więc różnie, nawet w partnerstwie, gdzie układ wydaje się być fair, pojawiają się zachwiania równowagi. W moim domu, jeśli się pojawiają, wynikają głównie ze specyficznej architektury naszej rodziny. Mimo to nie czuję się w tym wszystkim sama, bo pamiętam o jednej ważnej rzeczy.

CAŁA WIOSKA

Potrzebna jest cała wioska, żeby wychować jedno dziecko. Nie wystarczy mama. Nie wystarczy nawet mama i tata. No i jasne, że to łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić, bo skończyły się już czasy rodzin wielopokoleniowych w jednym domu, dziadkowie są często długo aktywni zawodowo, praktycznie zanikają sąsiedzkie społeczności, czasem widujemy ludzi latami w windzie wymieniając tylko nieśmiałe "dzień dobry". Tempo życia nie sprzyja tworzeniu plemienia. Między innymi dlatego wiele mam, z którymi rozmawiam, mówi, że nie wyobrażają sobie, aby mogły cokolwiek zrobić same, bez dzieci, bo przecież one to na wychowawczym od 5 lat, mąż w pracy, rodzice i teściowie na drugim końcu Polski i w ogóle...

MOJE PLEMIĘ

Poszczęściło mi się, bo mam plemię, w skład którego wchodzą przedstawiciele różnych płci, w różnym wieku, z różnymi zainteresowaniami i podejściem do dzieci. Co najważniejsze - wystarczy jeden telefon, choć czasem dzwonią sami i dopominają się o wolontariat w zakresie aktywnego babysittingu. Ale nie zawsze tak było. I gdyby tak nie było wcale, to stanęłabym na głowie i zrobiła wszystko, żeby to plemię sobie stworzyć. I pierwsze osoby, do których bym się odezwała, to byłyby właśnie kobiety, które również mają dzieci. To one zresztą uratowały mój pierwszy urlop macierzyński, kiedy to nie wiedziałam co ze sobą zrobić w czterech ścianach ze świeżym człowiekiem, który nie potrafił mi powiedzieć, czego chce, ale ewidentnie ciągle tego chciał i chciał co raz więcej. To ja jestem jedną z tych kobiet, które zawsze wyciągają pomocną dłoń do innych mam, które od 3 czy 5 lat nie poszły same na jogę, nie były na randce czy odmawiały w pracy wszystkich nadgodzin mimo, że nie spina im się budżet, tylko dlatego, że spóźniłyby się o pół godziny na zamknięcie przedszkola ich dzieci.

CZEGO POTRZEBUJESZ

Świat nie zgadnie czego chcesz w danym momencie, czego Ci brakuje, żebyś nie czuła się sama. Czasem to pełne zrozumienia pokiwanie głową kiedy siedzisz w kobiecym kręgu. Innym razem delikatne poklepanie po plecach i zbawienne: "Doskonale rozumiem, przez co teraz przechodzisz i jak się czujesz." lub "Cokolwiek postanowisz w tej trudnej sprawie i jakąkolwiek podejmiesz decyzję, masz moje wsparcie.". Niekiedy odebranie za Ciebie dziecka z przedszkola przez inną mamę albo wspólne wyjście na kawę, żeby pogadać nie o dzieciach (albo właśnie o dzieciach). Nie ważne. Ważne, żeby nie czekać, tylko te potrzeby wyrażać. Wtedy nie pozostaną nieusłyszane.

PROBLEM --> ROZWIĄZANIE

Czatowałam ostatnio na fejsie ze znajomą, mamą dwójki dzieci, z trzecim w drodze, była godzina 20:30, więc zakomunikowałam, że muszę uciekać i przywlec Maksa od sąsiadów, bo już od ponad 2 godzin bawi się z ich synem. Była szczerze zdziwiona i zaskoczona, że nigdy wcześniej nie wpadła na to, by dogadać się z dzieciatymi sąsiadami na takie posiedzenia. Przecież nawet bardzo zapracowane rodziny znajdą choćby raz w tygodniu popołudnie, podczas którego ich dzieci mogą mieć gości i razem się bawić/oglądać bajkę/robić coś, co lubią. W inne popołudnie to ich dzieci wybywają z domu. To niby tylko 2h, ale 2h dla matki (czy nawet dla obojga rodziców) to przecież nie byle co.

Najważniejsze to nie wstydzić się i wyjść z inicjatywą, z propozycją, z dealem. Tak się zacieśnia więzy i tworzy swój tribe. Tak zresztą przecież robiły nasze mamy, czyż nie? (dopiero gdy sama zostałam rodzicem rozumiem dlaczego mama tak chętnie pozwalała mi nocować u koleżanek gdy byłam dzieckiem; to był ten niepisany układ, w którym kobiety na jeden wieczór mogły pozbyć się części obowiązków, wygospodarować więcej czasu dla siebie, dla partnera, na odpoczynek, lenistwo czy imprezę - a potem odwdzięczały się innej mamie taką samą przysługą, dzięki temu z pewnością o wiele mniej kobiet myślało w tamtych czasach, że zwariują, albo po prostu spakują walizki i spylą w Bieszczady lub byle jak najdalej od tego kieratu).

FAJNE MACIERZYŃSTWO

Generalnie zasada jest prosta - żeby mieć fajne życie i fajne macierzyństwo, nie można tego robić tak zupełnie solo. I nie chodzi o to, że warunkiem niezbędnym do wychowania dziecka jest robienie tego razem z partnerem, bo przecież nie ma jednej słusznej ścieżki. Chodzi o to, żeby mówić innym o naszych potrzebach, prosić o pomoc i przyjmować pomoc, żeby tworzyć wokół siebie sieć ludzi, którzy życzą nam dobrze i będą obok, kiedy zajdzie taka potrzeba. Nie bez powodu w pierwotnych kulturach kobiety zajmowały się dziećmi wspólnie. Potrzebna jest cała wioska. Nie musisz być sama. Nie powinnaś być, bo nie ma ani jednego powodu, dla którego inne mamy miałyby odmówić Ci pomocy.

KRÓTKIE ĆWICZENIE NA WYOBRAŹNIĘ

Nie wymyśliłam tego konceptu, usłyszałam na warsztatach dla samych mam właśnie (co ciekawe, większość uczestniczek to były kobiety w związkach, więc zjawisko braku równowagi i osamotnienia w macierzyństwie nie jest wymyślone, jest prawdziwsze niż mogłoby się wydawać i przede wszystkim powszechne). Wyobraź sobie, że dogadałaś się z SZEŚCIOMA innymi matkami na taki układ: każda z Was w jeden dzień tygodnia opiekuje się wszystkimi Waszymi dziećmi, powiedzmy, przez 2 godziny. W efekcie każda z Was ma codziennie do dyspozycji 2h tylko dla siebie, poza tym jednym dniem, kiedy dzieci są u niej (a kto ma więcej niż jedno lub często przyjmuje gości ten wie, że czym więcej dzieci tym mniej naszej uwagi potrzeba i głównie po prostu zamykają się w pokoju i każą sobie nie przeszkdzać). Czy nie byłoby pięknie? To oczywiście skomplikowana logistyczna operacja, ale wyobraź sobie, że dogadujesz się tak z jedną mamą. Każda z Was zyskuje 2h w tygodniu na swoje widzimisię. I to jest bardzo realistyczne i łatwe do zorganizowania. Z biegiem czasu 2h mogą wydłużyć się do 4, 5, do całego dnia czy nawet weekendu. Jak szaleć, to szaleć.
A jak to wygląda u Ciebie? Czujesz się czasem samotna w macierzyństwie czy masz wokół siebie plemię? Koniecznie daj znać w komentarzu pod tym tekstem.

7 Comments

  1. Natalia napisał(a):

    Ja zbyt późno się zorientowałam, że faktycznie plemię się przyda. W pewnym momencie uznałam, że zaczynam świrować i sama ze sobą nie mogłam wytrzymać. Właśnie wtedy ogarnął mnie totalny luz. Przestałąm ingerować kiedy nie ma potrzeby (Mojemu dziecku zabierają zabawki? Niech sobie radzi!, Moje dziecko zabiera zabawki? Niech inni sobie radzą). No i co najważniejsze, oddaję dziecko kiedy tylko mogę. Kiedy znajomy mówi „leć do sklepu, ja poukładam z młodym klocki”, zamiast „posiedzę z Wami” mówię „Tak!” i zakładam buty. Gorzej niestety mam z innymi dziećmi. Jeszcze nie trafiłam na fajnych rodziców, ale nadal szukam 😉

    • Monika napisał(a):

      Ja mam podobny problem, że nie zawsze jestem w stanie się dogadać z innymi rodzicami, tzn. dogadać jeszcze pół biedy, ale ja generalnie nie lubię zbytnio poznawać nowych ludzi i zawierać nowych przyjaźni, mam garstkę tych samych osób wokół siebie od wielu lat i sporadycznie tylko jestem w stanie obdarzyć kogoś nowego sympatią. Ale przestałam się tym przejmować, nie trzeba być przyjaciółmi tych innych rodziców. Wystarczy tylko, że dzieciaki się lubią.

      Co do ześwirowania… Ja na początku urlopu macierzyńskiego przeprowadziłam się na totalne zadupie, nie było tam co robić, miałam wrażenie, że jestem tylko ja i mój wrzeszczący kolkowo syn. Na szczęście udało mi się zgadać z grupą innych mam, z którymi chodziłyśmy do kina (na seanse, gdzie można zabierać dzieci), na niezliczone kawy czy po prostu wypady do parku i lenistwo na kocu. Do dziś z niektórymi utrzymuję kontakt, dzieci już odchowane, więc teraz bez nich chodzimy na imprezy 😉

  2. My mamy niestety ten problem, że robimy wszystko sami. Sąsiedzi to starsi państwo, młodzi dzieciaci to raczej maja swoje zycie i siedzą zamknięci w czterech ścianach, a nasze plemię ma swoje rodziny i swoje obowiązki. Dziadkowie tak jak piszesz na drugim końcu Polski.

    • Monika napisał(a):

      Każda rodzina ma swoje obowiązki, to oczywiste. Ale jak człowiek się bardzo postara i ma dobre intencje, to można połączyć przyjemne z pożytecznym. Dla mnie zawsze „przyjęcie” dziecka sąsiadów czy znajomych na wieczór oznacza tak naprawdę mniej obowiązków, bo syn się z nimi bawi, ja nie muszę stawać na głowie, nic wymyślać, mam spokojny wieczór dla siebie. Jedyne co to trzeba zrobić więcej kolacji, ale to akurat sama frajda, bo lubię karmić ludzi.

  3. Agata - Beztroska Mama napisał(a):

    Święte słowa 🙂 popieram je całym sercem.
    Ja dopiero mam zamiar zbudować takie plemię 🙂
    A matki często same są sobie winne zaistniałej sytuacji – bo same lepiej zrobią wychowają itd.

  4. Ja mam ten problem, że tuż po porodzie wyprowadziliśmy się do zupełnie innego miasta. I owszem – plemię się przydaje – ale jeśli muszę prosić rodziców by jechali w 1 stronę 3 godziny to już musi być podbramkowa sytuacja (choroba córki i konieczność, bym poszła do pracy), a nie wyjście na jogę.

    • Monika napisał(a):

      Sytuacje bodbramkowe to w ogóle inna kategoria rozważań – tutaj nie zawsze można się dogadać z innymi rodzinami, które mają dzieci, bo jak dziecko chore to innych nie powinno zarażać chociażby. Zresztą, ja bym chorusa nie miała nawet sumienia podrzucać sąsiadom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *