parallax background

Historia o tym jak nie spartoliliśmy patchworku i nie zniechęciliśmy do niego dzieci

loui slings something caramel
Smutne rzeczy, które mogą spotkać Cię na chustoemeryturze (i jeden pozytyw na koniec, więc już nie płacz)
10 stycznia 2018

Nikt przy zdrowych zmysłach nie planuje życia w rodzinie patchworkowej. W idealnym świecie poznajemy wybranka naszego serca, bierzemy ślub, rodzimy dzieci (opcjonalnie kupujemy szczeniaka rasy labrador retriver) i żyjemy szczęśliwie do grobowej deski przy boku tego jedynego (otoczeni gromadką wesołych szkrabów, a później wnuków, ewentualnie szczeniaków albo małych słodkich kotków). Nie pojawiają się żadne przechyły, dopływy czy odnogi - jest prosto, jak 'pan bóg przykazał' i nara (lub, jak mawia Maksi, 'i bombka'). Idealne życie jednak często kończy się zanim jeszcze na dobre się zacznie. Nie chcemy sobie za wiele komplikować, to ono komplikuje się samo. I najlepszym rozwiązaniem jest wtedy wziąć to na klatę i dalej ciągnąć swój wózek. W końcu wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a Rzym to przecież takie romantyczne miasto.



Pamiętam, jak zawsze zarzekałam się na wszystkie świętości świata, że nigdy, ale to przenigdy nie zwiążę się z mężczyzną, który ma dziecko. Nawet jak już miałam swoje własne i wróciłam na rynek singli to wciąż twierdziłam, że wystarczy ta jedna mała komplikacja i więcej nikomu nie potrzeba. Naszymi poczynaniami jednak rządzi chyba przypadek. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że koleś, z którym nagle tak dobrze Ci się obgaduje wspólnych znajomych na imprezie, występuje w pakiecie ze swoją genetyczną kopią. Poza tym... Jak jesteś po jakichkolwiek przejściach to raczej niewiele innego już na Ciebie czeka na tym singielskim rynku niż tylko rozwiedzeni ojcowie, ale to swoją drogą... :)

Moja familia (dwoje rodziców, każdy po jednym dziecku z poprzedniego związku i jedno wspólne w drodze) nie jest oczywiście niczym szczególnym, bo w dzisiejszych czasach (i zresztą od zarania dziejów) rodzina zrekonstruowana to żaden tam wielki news czy wyjątek. Jest nas sporo i co przypadek to inna historia. Niestety, w rozmowach z innymi rodzicami w podobnej sytuacji, zwłaszcza mamami, spotykam się głównie z niezadowoleniem, żalem i frustracją, że to nie działa tak jak powinno, że są wieczne problemy, napięcia, kłótnie, dzieci się nie akceptują i generalnie czarne chmury, deszcz i nogi za pas najlepiej brać i uciekać. Wystarczy zresztą wejść na pierwsze z brzegu forum dla macoch. Raczej nie uraczysz tam tekstów w stylu: "Ahhh, jak mi miło i błogo, dziś córka mojego partnera powiedziała, że mnie bardzo kocha", tylko "Wk...wiają mnie już te pasierby, zajmuą nam co drugi weekend i robią w domu bałagan, a w dodatku biją mojego Natanka, jak żyć?".

Taki obraz rodziny patchworkowej można równie często spotkać w prasie - że jest ciężko, są wyboje, kręte ścieżki i mnóstwo pracy, która nie przynosi żadnych efektów. Jeśli pojawia się jakiś pozytywny przykład udanego patchworku to prawdopodobnie jest nasz - wszak wiecznie odzywają się do mnie znajomi dziennikarze z prośbą o podzielenie się dotychczasowymi doświadczeniami - w artykułach zmieniają tylko miasto, imiona, nieznacznie wiek dzieci.
Nie twierdzę oczywiście, że tylko nam się udaje, że tylko my mamy jakiś magiczny set umiejętności, które sprawiają, że układanie puzzli 10 000 elementów we wszystkich kolorach tęczy, bez wzorcowego obrazka na opakowaniu, pójdzie jak z płatka. Znam rodziny zrekonstruowane, które są szczęśliwe lub umiarkowanie zadowolone. Pozwalam sobie jednak dołożyć swoją pozytywną cegiełkę do budowania obrazu tego zjawiska, bo za mało takich widuję w tv, gazetach, internecie. Poza tym z jakiegoś niewyjaśnionego powodu ciągle jest to swojego rodzaju tabu. A przecież nie ma się czego wstydzić i to żadna zbrodnia, że rodzice układają sobie życie na nowo.

Zanim ostatecznie przejdę do wymądrzania się i opisywania co zrobiliśmy (przypadkiem) dobrze i dlaczego zadziałało, dodam, że nie jesteśmy żadnymi specjalistami, nie chodziliśmy na żadne kursy psychologii rodzinnej, nie czytaliśmy opasłych tomów o rekonstrukcji rodziny. Zdaliśmy się na intuicję i mimo, że kierujemy się w rodzicielstwie zdrowym egoizmem (czyli w skrócie: bardzo mocno stawiamy na własne dobro i własne potrzeby, liznęłam temat w tekście o bezdzietnych Świętach, ale na pewno jeszcze wiele razy go poruszę) to w tym przypadku dzieci, ich emocje i reakcje były na pierwszym miejscu.

Oto jak udało nam się nie spartolić patchworku i nie zniechęcić do niego dzieci.

ODPOWIEDNI CZAS I MIEJSCE



Nie jest sztuką wskoczyć w nowy związek by otrzeć łzy po poprzednim, zapełnić jakąś lukę lub po prostu wyrwać się z dotychczasowego środowiska. Warto pamiętać tylko o tym, że dzieci są odbiciem wszystkich naszych stanów i odczuć. Jeśli rodzic wiąże się z nową osobą z desperacji - to dziecko nigdy nie będzie się w takim układzie czuło stabilnie czy bezpiecznie - a przecież w rodzinie przez duże R o stabilizację i bezpieczeństwo chodzi. My zaczęliśmy chyba w dobrym momencie, gdy każde z nas fajnie się czuło solo i nie szukało nikogo na siłę, wręcz przeciwnie - dalecy byliśmy od jakiegokolwiek szukania. Wybrałam swojego partnera świadomie, znając jego zalety i wady, decydując się na cały ten pakiet. Uważam, że dla dziecka to jest ważne - że jego matka nie jest zaskoczona i nie rwie sobie włosów z głowy, gdy jej nowy facet wychodzi drugi raz w tygodniu wieczorem z kolegami pograć w pokera (bo od początku wiedziała, że on ma taki zwyczaj, nie łudziła się, że się zmieni i porzuci życie towarzyskie na rzecz wspólnego szydełkowania chociażby).

Miejsce też ma znaczenie. Chyba największym błędem, jaki można popełnić, to przedstawiać dziecku nowego partnera (i jego ewentualne dziecko z poprzedniego związku) w domu, do którego w dodatku on (partner) zaraz ma się wprowadzić (albo co gorsza - już to zrobił). Nasze dzieci poznały się (i nas, nowych partnerów swoich rodziców) na neutralnym, niezobowiązującym gruncie i to miało na nie super wpływ. To logiczne zresztą, że dziecko jest istotą terytorialną. Jeśli nagle w jego pokoju, wśród jego zabawek, pojawia się intruz, próbuje dotykać rzeczy, ba, dotykać jego mamy/taty, to może poczuć się zaniepokojone i zakodować sobie, że ten ktoś to zagrożenie. Co innego jeśli mówimy o pobliskiej restauracji, sali zabaw, aquaparku czy wynajętej chatce w górach. To jest przestrzeń, która należy do każdej cząstki układu po równo i wszyscy startujemy tam na równych zasadach. Jeśli spotkaniom towarzyszy dodatkowo jakiś pozytywny bodziec - pyszne jedzenie, świetna zabawa, mile spędzony czas - to już mamy jakiś dobry fundament pod budowanie dalszej relacji bez zbędnego popychania jej siłą.

ODPOWIEDNI KONTEKST



Dziecku, które do tej pory wiedziało, że ma mamę i tatę (nawet jeśli od pewnego czasu rodzice mieszkają osobno), może być trudno zrozumieć i zaakceptować, że nagle w tej konstelacji pojawia się ktoś jeszcze, jakiś inny dorosły lub co gorsza inne dziecko. Mając to na względzie, podczas pierwszych spotkań 'w komplecie' nie poruszaliśmy z dziećmi kwestii 'związkowych'.

Były to po prostu spotkania do wspólnej zabawy, żeby dzieciaki się poznały, polubiły, poznały nas i poczuły swobodnie w takim towarzystwie. Oczywiście to jest niezwykle trudne, żeby nic po sobie nie zdradzić, dzieci nie są też głupie, nawet te małe przedszkolaki potrafią wyczuć, że coś się święci. Powstrzymywaliśmy się jednak od nadmiernego kontaktu fizycznego czy niejednoznaczych gestów. Dopiero gdy dzieci przełamywały bariery fizyczne (tzn. nabierały zaufania do tych nowych, obcych dorosłych, zaczynały siadać na kolana ‘nie swoim’ rodzicom, przytulać czy dawać buziaki - pozwalaliśmy sobie na to samo w ich obecności).

Ja wiem, że miłość i zakochanie to żaden wstyd, lepiej, żeby dzieci obserwowały pozytywne, gorące uczucie niż kłótnię, ale umówmy się... gdy przyszły na świat, prawdopodobie z ich biologicznymi rodzicami dawno nie byliśmy już w fazie zakochania. Lepiej na samym początku nie sprawiać, aby czuły się zagrożone lub w najlepszym przypadku po prostu nie czuły się niezręcznie. Na czułości przychodzi czas później, gdy sytuacja będzie już totalnie oswojona.

W przypadku naszej rodziny dziś - dzieci bardzo się cieszą gdy się przytulamy lub trzymamy za ręce. Zazwyczaj chcą się przyłączyć, ale w taki szczery sposób, bez zazdrości, po prostu żeby być blisko i być razem.

JASNY PODZIAŁ RÓL



Pierwsze koty za płoty, wszyscy się już znają, rodzic i nowy partner prawdopodobnie już razem mieszkają, wszystko idzie w dobrym kierunku. Tylko kto jest teraz kim? To może budzić wątpliwości, bo w filmach i książkach i całej otaczającej nas kulturze dominuje jeden wzorzec: biologiczna mama, biologiczny tata i biologiczne dzieci (=biologiczne rodzeństwo). Wierzę, że niezależnie od tego, jaki jest układ w rodzinie danego dziecka (czy ten drugi rodzic żyje, czy utrzymuje kontakt, czy nie) - nie ma co mydlić tu oczy jakimś drugim tatą czy nową mamą.

Ciocie i wujkowie też nie do końca tutaj pasują (mój syn na przykład ma już przecież wujka - mojego brata). Dlatego najlepiej chyba powiedzieć szczerze: to jest nowa partnerka taty, to jest nowy partner mamy. W naszym przypadku sprawdziło się nazywanie tych osób po imieniu: M. jest dla Maksa M. (a nie żadnym tam tatą, bo przecież tatę już ma), ja jestem dla Amelki mną, nie żadną tam ciocią czy mamą (bo mamę ma, czeka na nią w domu). Dzieci i tak po czasie sobie wykalkulują, czyją rolę przyjmujemy podczas, gdy jesteśmy wszyscy razem i być może zaczną wymyślać swoje nazwy lub po prostu dla uproszczenia wybierać te bardziej przystępne. Pamiętam, że na wernisażu jednej z moich wystaw, na którym byliśmy w czwórkę, jakiś człowiek zaczepił mnie, że córka jest bardzo do mnie podobna. Zakłopotana zaczęłam tłumaczyć, że to nawet nie jest tak naprawdę moja córka. Amelia, która miała wtedy 4,5 roku, szepnęła mi wtedy do ucha, że wie, że nie jestem jej prawdziwą mamą, ale nie muszę tego tłumaczyć innym ludziom.

Podobnie z nazywaniem tego kim dla siebie są dzieci. Nigdy nie mówiliśmy im, że są rodzeństwem. Raz o to tylko zapytali, wytłumaczyliśmy czym jest przyrodnie rodzeństwo. Od tego czasu słyszę, jak Maksi opowiada swoim kolegom, że jego siostra nie może jeść bananów, bo potem boli ją brzuch.

SPRAWIEDLIWIE NIE ZNACZY PO RÓWNO, ALE NIKT NIE MUSI O TYM WIEDZIEĆ



Wiadomo, że swoje biologiczne dziecko będziemy kochać najbardziej na świecie i bezwarunkowo. Dziecka partnera nie musimy kochać wcale, ważne, żeby je akceptować i próbować szczerze polubić. Nie jest jednak najlepszym pomysłem dawanie dzieciom poznać, że nie traktujemy ich na równi. My umówiliśmy się, że staramy się być wobec dzieci fair - czyli dawać im od siebie tyle ile jesteśmy w stanie dać 'obcemu' dziecku, ale tak, żeby nie odczuło, że dostaje mniej niż to 'swoje'. Nie chodzi tu o oczywiście o pieniądze czy dobra materialne, bo w tej kwestii musi panować bezwzględna równość, ale o kwestie emocjonalne. M. radzi sobie z tematem dużo lepiej niż ja, ale jestem na dobrej drodze.

DOBRE RELACJE Z EXAMI



Ja wiem, że nie zawsze mamy na to wpływ, ale na szczęście zazwyczaj wszelkie angtagonizmy maleją wprost proporcjonalnie do czasu, który minął od rozstania. Dzieci czują kiedy nie lubimy się z ich biologicznymi rodzicami, więc pojawienie się nowych członków rodziny mogą traktować jako atak przeciwko bio-mamie/bio-tacie. Jeśli jednak na froncie jest relatywna zgoda i stosunki są neutralne/przyjazne (przynajmniej w bezpośredniej obecności nieletnich) - dzieci nie powinny traktować patchworku jako zagrożenie, przynajmniej tak dzieje się u nas.

ZBIEŻNE WIZJE WYCHOWAWCZE... W MIARĘ :)



Nie wyobrażam sobie, żebym mogła wychowywać dziecko/dzieci z osobą, która ma do tematu skrajnie inne podejście niż ja. Oczywiście ciężko jest dobrać się magicznym kosmicznym przypadkiem tak, żeby w 100% myśleć identycznie. Naszą rolą, jako rodziców, jest jeszcze przed podjęciem decyzji o wejściu w związek z taką osobą, przegadać z nią jak widzi ewentualne kwestie wychowawcze i na ile jest w nich elastyczna. Nikt nie jest alfą i omegą, dlatego warto też otworzyć się na niektóre sugestie nowego partnera, który może mieć chociażby dłuższy rodzicielski staż i większe doświadczenie w tym, co będzie dla dzieci dobre. Warto też wyznaczyć nieprzekraczalne granice. "Na to mogę się zgodzić, ale to u mnie nie przejdzie" - to było często wypowiadane przez nas zdanie we wszelkich decyzjach dotyczących naszego kolektywnie wspólnego potomstwa. Dzięki temu korzystamy na tym zarówno my jak i dzieci, uczymy się od siebie nawzajem i wypracowujemy zasady (i dla dzieci i dla dorosłych), z którymi cała rodzina jest szczęśliwsza, spokojniejsza i dobrze funkcjonuje.

Nie wiadomo, czy tak jak jest, będzie zawsze. Wszyscy się zmieniamy, tym bardziej dzieci, które dorastają i odkrywają w sobie nowe potrzeby i nowe punkty widzenia. Pewnie za jakieś 5 lat (albo nawet za 2) ten tekst trzeba będzie zaktualizować, bo pojawi się mnóstwo nowych zmiennych i okoliczności. Na ten moment jednak wiem na pewno, że po pierwsze - rekonstrukcja rodziny nie jest aż taka straszna i może być szansą na naprawdę dużo szczęścia. Po drugie - nic nie przychodzi samo z siebie, wymaga to bowiem dużo ostrożności, taktu i delikatności, żeby nie spalić żartu jeszcze przed startem. Innymi słowy: trzeba się trochę wysilić, ale warto.

16 Comments

  1. Sylwia napisał(a):

    Oboje sporo przeszliscie i wspaniale że odlalezliscie siebie jeszcze wiele dobrego przed wami. Mysle że dzieci docenia wprzyszlosci wasze starania by to wszystgo grało i kreciło się a co ludzie gadaja mało ważne.

  2. Mayka.ok napisał(a):

    Kwestia nastawienia, choć oczywiście są sytuacje i problemy, których nie da się przeskoczyć – nie każdy może żyć z każdym. Rodzina to rodzina, nie ważne jak powstała, liczy się to, że jest. Szczęścia życzę 🙂

  3. EMILIA WAWRZONKOWSKA napisał(a):

    W Rzymie nigdy nie bylam, ale jest to moje marzenie 🙂

  4. Aleksandra Załęska napisał(a):

    Wychowywałam się w patchworkowej rodzinie i przyznam szczerze, ze.moja.mama zrobiła dużo żebyśmy zaakceptowali jej nowego partnera i przyznam szczerze, że choć nie zawsze było.łatwo, różowo, kolorowo, to jednak wiele mnie ta.sytuacja nauczyła, za co dziękuję mojej patchworkowej rodzinie😀

  5. Ja Zwykła Matkaa napisał(a):

    Gratuluję że udaje wam się tworzyć rodzinę. Wiem że ti noe jest łatwe. Msm dwie siostry obydwue się rozwiodły I tworzą takie rodziny jak twoja. Dużo Zdrowia I siły wam życzę.

  6. Sylwia napisał(a):

    Losu nie odmienisz. Trzeba zaakceptować i żyć dalej 🙂 Wam się udało…

  7. Anna Kołodziej napisał(a):

    Dla mnie to raczej trudna sytuacja, szczególnie gdy absolutnie nie da się dogadać z exami. Np.pierwszy mąż mojej siostry jest absolutnie niereformowalny, rozwala jej nowy związek, podburza dzieci, sieje ferment itd. Sytuacja patowa 😐 Dobrze że Tobie się udało 👍

  8. Olka napisał(a):

    Cóż – po pierwsze nigdy nie powinno się mówić nigdy.
    Po drugie wcale nie tak łatwo jest spotkać kogoś, kto nie ciągnie za sobą jakiejś przeszłości. Każdy ją ma i tyle. A jeśli jest miłość, to cała reszta jest mniej istotna.

  9. Damian napisał(a):

    Znam kilka patchworkowych rodzin i wbrew obiegowej opinii, wcale nie odbiegają niczym od tradycyjnych rodzin. Grunt, to odpowiednio budowane relacje i zaangażowanie każdej ze stron. 😉

    Pozdrawiam,
    D.

  10. Świat Toli napisał(a):

    Uważam, że szczęśliwym można być w związku po przejściach, to niczemu nie szkodzi.

  11. Każda para z życiowym „bagażem” powinna przeczytać ten tekst bo zawarłaś w nim mnóstwo świetnych rad.

  12. Salusiowo.blogspot.com napisał(a):

    Bardzo dobrze się czytało wpis!! Jest prawdziwy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *