parallax background

Czy hostel i dzieci to dobre połączenie? + kilka rad jak to przeżyć i nie zwariować

Jak oszczędzić na wycieczce do Wrocławia? Komunikacja, muzea, noclegi, jedzenie…
5 września 2017

Podczas jednego z naszych krótkich wyjazdów, w drodze wyjątku zatrzymaliśmy się z dziećmi w hostelu. Dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie i całkowicie inny wymiar podróży z dziećmi. Kilka rzeczy mnie zdziwiło, trochę zaskoczyło, a niektóre nawet przeraziły. Teraz już wiem na co zwrócić uwagę rezerwując hostel dla dzieci, czego unikać i jak się przygotować. Wiem również, że z perspektywy rodzica może być strasznie, ale perspektywa dziecka to zupełnie inna bajka!

NASZE WCZEŚNIEJSZE DOŚWIADCZENIA Z HOSTELAMI



M. twierdzi, że pół swojego bogatego podróżniczego życia spędził w hostelach, ale za dobrze go już znam, żeby w to uwierzyć. Ciężko mi pojąć, że mógłby spędzić pół życia w miejscu, w którym nie ma ekspresu do kawy, sauny i łóżka królewskich rozmiarów. A przynajmniej korkociągu na wyposażeniu.

Ja w hostelu ostatni raz zatrzymałam się na szkolnej wycieczce w wieku 15 czy 16 lat i szczerze powiedziawszy nawet niewiele pamiętam - wiadomo, że na szkolnych wycieczkach nigdy nie robiło to różnicy w jakim jesteśmy pokoju, tylko z kim w nim jesteśmy, dlatego też zakwaterowanie miało dla mnie drugorzędne znaczenie. Ominął mnie okres bycia dziką i wolną studentką podróżującą w weekendy po Europie, dlatego też hostelowe środowisko jest mi obce. Zazwyczaj zatrzymywałam się u znajomych, w hotelach lub dizajnerskich apartamentach wyszperanych na Airbnb.

Wyjeżdżając w pełnym składzie, czyt. ja, M., Maksi i Amelka, bądź też bez dzieci, wybieraliśmy dotychczas właśnie apartamenty - zawsze z osobną sypialnią dla nas i dla dzieci (jeśli jechały z nami), oczywiście z prywatną łazienką i najlepiej kuchnią. Takie rozwiązanie było dla nas wszystkich komfortowe i umożliwiało dobrze spędzić czas nawet jeśli pogoda nie dopisała, albo dzieci były zbyt zmęczone po całym dniu na zewnątrz, by jeszcze gdziekolwiek iść (na przykład na obiad - stąd konieczna obecność kuchni).

Podkreślę więc w ramach wyjaśnienia, że nie jestem ekspertką od hosteli i wiem, że hostel hostelowi nierówny, są różne standardy, różne konfiguracje i różne możliwości. Opisuję jednak swoje wrażenia i wnioski po tym jednym razie, na podstawie hostelu, w którym się zatrzymaliśmy.

DLACZEGO WIĘC WYBRALIŚMY HOSTEL?



Po pierwsze - to był ekstremalnie krótki wyjazd do Berlina, dosłownie z jednym noclegiem. Niemniej jednak intensywny, planowaliśmy większość czasu spędzić poza miejscem zakwaterowania, dlatego nie było ono aż tak istotne - w moim zamyśle mieliśmy tam po prostu tylko pójść spać po szalonym dniu w stolicy Niemiec, obudzić się i jechać na Tropical Island.

Dodatkowym czynnikiem był fakt, iż planowany przez nas wcześniej wyjazd wakacyjny, za który już zapłaciliśmy, z nieoczekiwanych przyczyn nie doszedł do skutku (jak większość naszych wakacyjnych planów na 2017). Trochę obawialiśmy się ryzyka, że znów wypadnie coś niespodziewanego i nie pojedziemy - nie chcieliśmy stracić jeszcze więcej pieniędzy, więc wybraliśmy tanią opcję.

Oprócz tego M., na którego oddelegowałam znalezienie noclegu na ten wypad, powiedział spontanicznie (choć odrobinę niepewnie): "Dawaj, weźmiemy ich do hostelu!!!", na co po chwili namysłu przystałam wiedząc, że jeśli się nie zgodzę - będę sama musiała znaleźć apartament na Airbnb. W Berlinie, który kochają wszyscy. 2 dni przed przyjazdem.

NASZ HOSTEL i REAKCJA DZIECI



Hostel został przez M. wybrany w sposób spontaniczny. Coś tam znalazł, kliknął, zarezerwował, zapisał adres w nawigacji i tyle. Poprawka - pozwolił mi pobieżnie zerknąć na jakieś dwa zdjęcia na serwisie rezerwacyjnym aby w razie co mieć na kogo zwalić ewentualny nietrafiony wybór.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że obiekt prowadzi jakaś chrześcijańska organizacja, co oczywiście w żaden sposób nam nie przeszkadzało - przecież to tylko nocleg - ale było drobną ironią losu, ponieważ nie jesteśmy ani praktykujący, ani religijni. Miły pan na recepcji widząc nas w drzwiach ucieszył się, że taka duża (relatywnie duża, w Niemczech panuje niż demograficzny, więc 2 dzieci zamiast ratlerka to już duża rodziną) tradycyjna rodzina do nich przyjechała. Mina zrzedła mu, gdy spisując nasze dane dowiedział się, że nie jesteśmy nawet małżeństwem, a na 4 osoby 3 mają zupełnie inne nazwiska. Niemniej jednak życzył nam miłego pobytu, wytłumaczył jak dostać się do naszego pokoju (budynek organizacji był olbrzymi, więc dotarcie tam było nie lada wyzwaniem), co kiedy jest otwarte i polecił śniadania w ich restauracji.

Maks i Amelia od razu zajrali się ogromem budynku, biegali jak szaleni po kaplicy (tak, była tam kaplica!), po wszystkich piętrach, krętych korytarzach. Po pierwszym dotarciu do pokoju bez problemu zapamiętali drogę i później ani razu się nie zgubili (w przeciwieństwie do mnie). Pokój oczywiście skradł ich serca w momencie ukazania się ich oczom łóżek piętrowych (oczy mojej wyobraźni widziały oczywiście upadki i rozbite głowy) i okno z pięknym widokiem (oczy mojej wyobraźni: nagłówki w Der Spiegel o tym, że dwójka polskich dzieci nieupilnowanych przez wyrodną matkę i jej angielskiego konkubenta, zabiła się po upadku przez okno z piątego piętra chrześcijańskiego hostelu... wyobrażacie to sobie?) na park i bezkresną zieleń.

CO MOŻE ZASKOCZYĆ W HOSTELU OSOBĘ NIEDOŚWIADCZONĄ?



Pierwszym problemem, który mocno mnie dotknął, był brak prywatnej łazienki i konieczność korzystania ze wspólnej łaźni. Szczęśliwie nasz pokój leżał tuż koło niej, więc nie musiałam biegać z dzieciakami na siku (lub gorzej) przez pół budynku. Mimo wszystko bałam się trochę puszczać ich samych w obcym miejscu, więc do łazienki urządzaliśmy co chwilę pielgrzymki wiążące się rzecz jasna z zamknięciem pokoju na klucz i ogarnięciem całego kieratu. Wieczorny prysznic też był wyzwaniem. M. był jeszcze w trasie (podczas gdy my zwiedzaliśmy Berlin, on pojechał do innego miasta w sprawach zawodowych), dotychczas wrzucałam Maksa i Amelię do wanny, lałam trochę płynu, trzymałam kciuki by nie zatonęli i po odpowiednim czasie (czyt. takim, że już marszczą im się paluchy) wyjmowałam ich i owijałam w ręczniki. Tym razem jednak nie było luksusów, trzeba było iść do wspólnej łaźni. Rozebrałam więc dzieciaki jeszcze w pokoju, sama wskoczyłam w ręcznik (dobrze, że w ostatniej chwili zapakowałam odpowiednią ich ilość do torby, w hostelu oczywiście nie było ręczników) i pobiegliśmy do łazienki. Okazało się, że w łaźni są prysznice otwarte - takie jak na basenie (albo w... więzieniu, przynajmniej na podstawie mojego ulubionego serialu Orange is the New Black, który nie był nawet kręcony w prawdziwym więzieniu czy też ex-więzieniu, tylko w dawnym szpitalu psychiatrycznym dla dzieci), czyli bez żadnej zasłony czy nawet parawanów. O ile ani dla mnie ani dla dzieci chwilowa nagość to żaden problem, o tyle ogarnięcie wszystkich rzeczy, które mieliśmy ze sobą, zadbanie by nikomu nie naleciała woda do oczu podczas mycia (bo wiadomo, woda wypala oczy i powoduje wieczną ślepotę), zmuszenie do umycia zębów czy w ogóle do utrzymania w ryzach tej żywiołowej dwójki to wyzwanie, któremu najmniej na świecie potrzebni są świadkowie. Szczęśliwie udało nam się jednak znaleźć jedną zamykaną kabinę dla niepełnosprawnych - udogodnienia w postaci niższego prysznica i różnych uchwytów były w obliczu tego wyzwania bardzo pomocne.

Kolejna rzecz, która wprawiła mnie w zakłopotanie to jedno (słownie: JEDNO) gniazdko elektryczne w całym naszym pokoju. Serio? 4-osobowy pokój z JEDNYM gniazdkiem? Miałam więc wybór: ładować baterię do aparatu, telefon, odtwarzacz DVD dla dzieciaków...

Największym problemem były jednak piętrowe łóżka. Dzieciaki uparły się, że chcą spać na piętrowym. Maksi chciał koniecznie spać razem z Amelką, Amelka chciała koniecznie spać jak najdalej od Maksa, a ja już zaocznie dostawałam ataku serca myśląc o tym, że przecież 4 i 5-letnie dziecko może najzwyczajniej w świecie z takiego łóżka spaść (Maksowi zdarzało się to nawet ze zwykłego łóżka bez choćby minimalnej barierki). Ostatecznie namówiłam ich do spania na podłodze i taka opcja również została przez nich zaakceptowana - później przeniosłam ich po prostu na łóżka (te dolne), ale oczywiście to nie rozwiązało całkowicie problemu piętrowych, bo zarówno ja i M. musieliśmy na nich spać. Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz spałam na jednoosobowym łóżku i myślę, że to musiało być minimum 10 lat temu. Odległość od podłogi też wprawiała mnie w zakłopotanie. Generalnie rzecz ujmując - ja się do tego nie nadaję!!!

CZY ZAKWATEROWANIE W HOSTELU Z DZIEĆMI MIAŁO JAKIEŚ ZALETY?



Nie byliśmy jedynymi gośćmi z dziećmi, więc nasz hostel musiał być popularnym wyborem wśród rodzin. Nic dziwnego, że tuż przy gmachu organizacji znajdował się wypasiony, piękny, bezpieczny leśny plac zabaw. Poza tym na tyłach budynku był Biergarten, w którym mieli nawet dziecięce menu. Hostelowa restauracja za 12€ (a dla dzieciarni za friko) oferowała przepyszne śniadanie typu all-you-can-eat (czyli płacisz i jesz bez ograniczeń) z lokalnych, zdrowych i organicznych składników, z owocami i warzywami od nich z ogrodu.

Niewątpliwą zaletą naszego hostelu była lokalizacja - dzielnica Grunewald nie jest popularnym turystycznym miejscem i baza hotelowa nie jest tam rozwinięta. Zależało nam jednak na czymś oddalonym od ścisłego centrum (tzn. M. na tym zależało, bo stwierdził, że w centrum Berlina zgubię dzieci albo wdam się w jakąś bójkę lub zostanę zaatakowana), w okolicy zieleni, wody, świergotu ptaków, itp.

Największą zaletą była oczywiście niska cena - po przyjeździe okazało się, że przysługuje nam jeszcze dodatkowy upust, ponieważ za dzieci poniżej 6. roku życia nie pobierają opłat.

O CZYM WARTO PAMIĘTAĆ WYBIERAJĄC HOSTEL PODCZAS PODÓŻY Z DZIEĆMI?



Prawdopodobnie wielu podróżników z prawdziwego zdarzenia, którzy z dzieciakami nocowali w każdych możliwychwarunkach, będą mieli więcej rad, ale to co przede wszystkim wybraliśmy już przed wyjazdem to pokój tylko dla nas. Kiedy przygotowywałam ten tekst, M. śmiał się, że nic nie wiem o prawdziwych hostelach, gdzie dostajesz łóżko w pokoju z kompletnie obcymi ludźmi. Ok, to prawda. Uważam jednak, że jadąc z dziećmi - zwłaszcza takimi, które nie ogarniają jeszcze czym jest cisza nocna, czym jest szacunek wobec mienia innych osób (choć oczywiście dokładamy wszelkich starań aby wreszcie się nauczyły!) lub są po prostu dzikie - warto mieć jakąkolwiek intymność i upewnić się, że rezerwacja obejmuje cały pokój i nie będzie tam nikogo innego oprócz nas.

Dla mnie przestroga na kolejny raz (jeśli takowy nastąpi, a M. zaciera ręce, że nastąpi) - upewnić się, że w pokoju będą zwykłe łóżka, a nie piętrowe bez barierek. Na zdjęciach na portalu rezerwacyjnym właśnie takie były pokazane więc pewnie tego typu pokoje również były dostępne - zgaduję, że gdybyśmy uprzedzili wcześniej jakie to dla nas ważne i że podróżujemy z małymi dziećmi to znalazłby się dla nas taki pokój.

Kolejna sprawa - pewnie oczywista dla niektórych, ale dla mnie olśnienie roku - hostel to hostel. Jest tani nie bez powodu. To zupełnie inny standard pobytu niż hotele, pokoje gościnne, pensjonaty czy apartamenty.

A Wy? Zatrzymujecie się z dziećmi w hostelach? Jakie są Wasze doświadczenia? Polecacie czy odradzacie taką opcję? Na co Waszym zdaniem warto zwrócić uwagę? Koniecznie podzielcie się opiniami w komentarzach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *