Smutne rzeczy, które mogą spotkać Cię na chustoemeryturze (i jeden pozytyw na koniec, więc już nie płacz)

dlon
Rzecz, której nie robi wiele mam, a potem czują, że są w tym wszystkim same
7 stycznia 2018

Wszystkie fajne rzeczy w życiu pewnego dnia się kończą, zazwyczaj bardzo niepostrzeżenie, nie potrafimy nawet przywołać konkretnego momentu, w którym coś stało się po raz ostatni. Kiedyś nasza mama po raz ostatni wzięła nas na ręce i odłożyła na ziemię. Po raz ostatni wyszliśmy na podwórko z naszą bandą i wróciliśmy do domu. Po raz ostatni spojrzeliśmy głęboko w oczy swojej pierwszej miłości i potem już nigdy więcej nie wymieniliśmy z nią spojrzeń. Dla mnie to jednak nic w porównaniu z faktem, że przestałam podnosić swoje własne pierworodne dziecko.



I pal sześć z jakimś tam krótkim "braniem na ręce", żeby posadzić w samochodzie czy pomóc wejść na chuśtawkę (choć i to już nam się prawie nie zdarza, wyręczam się silniejszymi). Niepostrzeżenie przestałam nosić w chuście. Nie wiem nawet kiedy był ten ostatni raz, ale miał miejsce i to już nigdy nie wróci. Chutonoszenie było dla mnie ratunkiem, ukojeniem bolączek mojego pierwszego potomka, było oazą, ostoją, osią mojego macierzyństwa. Było powodem, dla którego miałam normalne życie, dzięki któremu mogłam pójść wszędzie gdzie chciałam nie martwiąc się o ilość schodów i wagę wózka. Było naszym prywatnym rytuałem, często niezrozumianym (ileż mogłabym opowiedzieć historii o starszych kobietach zaczepiających mnie z pretensją, jakobym męczyła dziecko lub była wyrodna czy nieodpowiedzialna). Tego już nie ma. Odeszło w niepamięć. Nastała chustoemerytura.

I niby fajnie, bo można było wyprzedać stos chust (i polecieć za to na pół roku do ciepłych krajów), niby fajnie, że już mniej się obciąża kręgosłup, nie zagraża sobie przedźwignięciem i wraz z końcem przygody z chustonoszeniem stajesz się wreszcie istotą odrębną od swojej latorośli. Niemniej jednak jest w tym trochę smutku i bólu.


Oto co może spotkać Cię na chustoemeryturze (ja nie straszę, ja tylko uprzedzam!):



Przestaniesz chodzić.
Twoje dziecko wreszcie zacznie i niby super, samdodzielność jest wspaniała, obserwowanie jego wyborów też. Niestety wybór będzie taki, że je bolą nogi, albo, że na spacer to tylko do Lidla 100 metrów od domu i z powrotem, absolutnie nigdzie dalej. Jeśli do tej pory byłaś aktywna, wiecznie w ruchu (w sumie - w biegu) to przywyknij do faktu, że nie będziesz. Najczęściej będziesz stała i czekała, aż zbuntowany osobnik ryczący twarzą do chodnika poradzi sobie ze swoją frustracją i przestanie udawać, że nagle ma za ciasne buty (a cwane dzieci używają tego argumentu, aby uniknąć chodzenia - następnego dnia, gdy jesteście w domu lub jedziecie samochodem - buty leżą znów jak ulał).

Nie będziesz już miała o czym rozmawiać z koleżankami.
No bo serio, że o pracy czy o kulturze? Nikt o tym nie rozmawia. Przestaniesz być na bieżąco z najowszymi wypustami, najnośniejszymi blendami, ISO, DISO, sriso. Będziesz wyrzutkiem, który niczym John Snow - nie wie nic (pożyczyłam to od jakiejś blogerki, ale za Chiny nie pamiętam już jakiej).

Stracisz główny kanał inwestycji.
Wyprzedasz swój stos - możliwe, że po taniości, bo będziesz to chciała zrobić szybko, by już serce nie bolało. Kasę przejesz i tyle. Zaczniesz pakować pieniądze w fundusze inwestycyjne, kryptowaluty albo metale szlachetne, ale żadna to tajemnica, że najlepsza w świecie lokata to szmata. Jak nosisz to Twój stash jest wart połowy kawalerki w centrum Wrocławia. Z chwilą zaprzestania i wyprzedania - tracisz tak ważną poduszkę bezpieczeństwa finansowego Twojej rodziny!!! Bitcoin leci na łeb na szyję. Królewski len - nigdy.

Stracisz kontrolę nad swoim dzieckiem.
Ono już nie będzie przy Tobie, przy sercu, opcjonalnie na plecach czy biodrze. Ono będzie gdzieś indziej, a to oznacza, że nie masz absolutnie wpływu na to co i z kim i gdzie zrobi, dokąd pójdzie, w jaką wpadnie dziurę czy na którym krawężniku się potknie.

Przestaniesz sobie robić selfie i ładne sesje zdjęciowe.
Bo z dzieckiem przytwierdzonym do Ciebie za pomocą pięknego kawałka tkaniny to jest uzasadnione i społecznie akceptowalne. Robisz to na pamiątkę, świadoma, że te chwile nie wrócą. Bez dziecka to zwykła próżność, zapatrzenie w siebie, no, nikt przy zdrowych zmysłach nie robi sobie tak po prostu zdjęć. Przygotuj się więc, że wraz z nadejściem chustoemerytury, profilowe na fejsie zaczniesz zmieniać raz na sześć lat.

Dosadnie pojmiesz upływ czasu i przemijanie.
Twoje dziecko nie jest już małym słodkim bobaskiem. Jeśli go nie nosisz w chuście, to prawdopodobnie jest w wieku, w którym potrafi się obrażać, trzaskać drzwiami, a jeśli jest samcem - zostawiać plamy na klapie w toalecie. Ty z kolei nie jesteś już młodą mamą, tylko po prostu kobietą, która kiedyś urodziła dziecko...

... no chyba, że postarasz się o nowy wsad do chusty. Wtedy przygoda zacznie się od nowa, smutek minie, a kolorowe tkane cuda znów zagoszczą w Twoim życiu i otulą Twojego nowego człowieka na kilka długich lat (tak przynajmniej ze dwa lub trzy).

Pisząc ten tekst gładzę się po swoim olbrzymim ciążowym brzuchu i przeglądam chustowe grupy na FB żeby dowiedzieć się, co jest teraz "in" i obliczam ile (i czyich) nerek będę musiała sprzedać, żeby to wszystko kupić :)

Palec do budki kto też tak ma.

19 Comments

  1. Kasia napisał(a):

    Jak dobrze Cię rozumiem! Nasz młodszy potomek wyrasta powoli z nosidła (ale już? dlaczego?!!) , a ja zaczynam mieć desperackie myśli w stylu – to może trzecie? 😉 Innej opcji nie widzę, a na tą nie mam siły. Jednym słowem kapa. Pozdrawiam i już zazdroszczę chwil, które już za chwilę 🙂

  2. Karolina napisał(a):

    Jak cudownie się Ciebie czyta! Sama nie mam jeszcze dzieci, ale wracam myślami do chwil, kiedy mama patrzyła na mnie i często wspominała, kiedy to się stało, że tak szybko dorosłam 🙂

  3. Iza D napisał(a):

    Haha świetny wpis 🙂 My mieliśmy tylko krótką przygodę z chustą 🙂

  4. Karolina Wypenda napisał(a):

    oj dzieci rosną za szybko zdecydowanie i choć sama nie używałam chust ani nosideł to też tęsknie za tymi czasami kiedy jeszcze tak nie pyskował jak teraz 😀

  5. Oj ja się potwornie boję tego dnia kiedy mój synek się zbuntuje i powie nie. Ja kocham go nosić, on póki co jeszcze tez ale przyjdzie ten dzień. Ja się wtedy chyba zapłaczę.

    • Monika napisał(a):

      Mój się buntował wiele razy, ale ostatecznie jeszcze sam prosił o noszenie nawet po trzecim roku życia, także nie martw się na zapas, prawdopodobnie sama będziesz miała już dosyć 🙂

  6. Dominika napisał(a):

    Ja niestety się do chusty nie przekonałam, mimo że faktycznie wiele osób chwali. Nosidełko używamy tylko na wyjazdy. Dbam o swoje plecy i jak tylko mogę używam wózka a jak tylko maluch zaczął chodzić od razu sam maszerował 🙂

    • Monika napisał(a):

      Dla mnie chusta była zbawienna. Jak Maks był mały, mieszkaliśmy na trzecim piętrze, wprawdzie była winda, ale na pierwsze piętro, a na parter trzeba było zejść po stromych zchodach bez podjazdu dla wózków. Do tego jeszcze zawsze prowadziłam ultra silnego labradora. Właśnie po to by ratować plecy i nie znosić/wnosić wózka, zaczęłam nosić w chuście. Prawidłowo zawiązana chusta i odpowiednio dobrane wiązanie odciążają zresztą plecy noszącego rodzica, podobnie jak dobry plecak.

  7. Vairose napisał(a):

    Tylko nie taka emerytura! 😉

  8. Aneta napisał(a):

    Świetny wpis. Ja nie mam już takich myśli odkąd mój synek odszedł do świata aniołów, a wcześniej jak było nie pamiętam. Życzę Ci wszystkiego najlepszego i wielu pozytywnych myśli 🙂

  9. Agata - Beztroska Mama napisał(a):

    Moja była totalnie nie chustowa!!! Nie wiem jak ona to robiła, ale potrafiła w każdej pozycji wyciągnąć rękę. Może była za późno włożona. Spacerowałyśmy w wózku nawet po 10-15 km. Teraz niestety jest tak jak mówisz spacer 100 metrów i tyle 🙁

    • Monika napisał(a):

      Czasem dzieci po prostu nie lubią, no nie zmusisz. Ja również z sentymentem wspominam te spacery po 10km, jak syn był wózkowy to mieszkaliśmy w Monachium, więc było gdzie chodzić i co podziwiać. Teraz to nawet na pobliski plac zabaw ciężko go wyciągnąć na pieszo. Wymyślił sobie, że jak się pojawi nowe dziecko (czyli za około 4 miesiące), to mam mu dokupić do wózka dla boba taką deskę, żeby on mógł na niej stać i nie musiał iść.

  10. Ja właśnie noszę trzecie:)

  11. Salusiowo.blogspot.com napisał(a):

    U nas Zuza nie lubi chusty… Ale każde dziecko jest inne:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *